Strażak w pampersach

Rozmowy starego zrzędy

30-11-2021

Grzegorz Maria Piekarski

– Dzień Dobry – zagadnął do mnie Znajomy, kiedy właśnie udawałem się chybcikiem z wizytą do najbliższego śmietnika. Dzierżyłem w dłoni kubeł pełen nie pierwszej świeżości śmieci, z którego ulatniał się, bądź co bądź, niezbyt przyjemny, za to nazbyt intensywny zapach gnijących resztek i pełnych wczorajszych zawartości dziecięcych pampersów. Nawet worek foliowy, w który były one zapakowane, nie stanowiły żadnej przeszkody dla tego ohydnego odoru. I nie ma co ukrywać, to ewidentny dowód mojego lenistwa, które nie pozwoliło mi pozbyć się dzień wcześniej zawartości tego kubła. W drugiej ręce trzymałem gotowy do szybkiego użycia dezodorant, którego zawartość miała zakamuflować nieprzyjemny zapach rozchodzący się, co by nie powiedzieć, po miejscu publicznym.

– Brzydką mamy dziś pogodę – kontynuował Znajomy.

– Taaak – cicho i przeciągle odpowiedziałem, mając świadomość, że za chwilę na własnej skórze przekonam się o słuszności postawionej przez niego tezy i dodałem – Pogoda jest pod psem.

– A i owszem – podchwycił Znajomy – Teraz to już i pies z kulawą nogą na tę naszą zakichaną lokalną władzę nie zagłosuje.

Szybko zmienił temat rozmowy i dodał:

– Rozwalili nam miasto wraz z okolicznymi wioskami i jeszcze sobie podwyżkę, za te ekstra wyczyny, przyznali. To trzeba mieć tupet!

Kiwnąłem głową z aprobatą dla jego słów.

– Bo co by nie powiedzieć miasto jest w fatalnej sytuacji finansowej – powiedział Znajomy – I do tego ten Szpital, który ma długów więcej niż nasz Wiceprezydent… włosów na głowie…

Po chwili dodał:

– …oczywiście w czasach swojej młodości.

Zapadła grobowa cisza. Już chciałem się szybko ulotnić, kiedy Znajomy chwycił mnie za ramię i z wyraźnym obrzydzeniem na twarzy powiedział:

– Co tu tak do cholery śmierdzi. Jakby u władzy najwyższej szambo rozerwało.

Poczułem, że policzki zalała mi krew, które teraz stały się z nieukrywanego wstydu pąsowe. Skuliłem się tak bardzo, jak tylko mogłem i patrząc w podłogę, starałem się niezauważalnie skryć kubeł z niezaprzeczalnym dowodem winy za siebie. Najdelikatniej jak mogłem, nacisnąłem na zawór dezodorantu i ciche psiiiik uwolniło jego zawartość i otoczył nas przyjemny zapach fiołków.

Czując, że dezodorant spełnił swoje zadanie, odstawiłem kubeł na śmieci i chcąc odwrócić jego uwagę szybko, ale przy tym niezbyt przekonywająco powiedziałem:

– Może spotkamy się później, bo czuję, że choroba mnie zbiera.

– Panie, chora to mogła być cała jednostka Straży Pożarnej – odpowiedział Znajomy – Co niektórzy wątlejszego zdrowia mogli nawet tego eksperymentu po prostu nie przeżyć.

Zauważyłem tryumf na jego twarzy, kiedy zobaczył u mnie zdumienie i bez wątpienia wyraz ogromnego zdziwienia. Przybrawszy pozę mądrego profesora, co najmniej tytułowanego nadzwyczajnym, zaczął mi tłumaczyć, jak żakowi studiów medycznych na pierwszym semestrze zajęć w prosektorium:

– Panie, nasze władze dostarczyły posiłki Straży Pożarnej. One im się należą, jak psu buda, kiedy jadą na akcję. Jednak problem w tym, że wszystkie były przeterminowane.

– Wielka mi afera – odpowiedziałem drwiąco – Przecież nawet w sklepach zdarzają się artykuły, które są przeterminowane parę dni.

– Parę dni! – żachnął się mój rozmówca, a jego twarz stała się czerwona niczym dojrzały burak. One były przeterminowane… dwa lata!… Tak, dobrze Pan słyszał. Nie parę dni. Tylko dwa lata!

Dokładnie i przeciągle wyartykułował dwa ostatnie słowa.

– Jak to możliwe? – spytałem.

– Jak to możliwe – zawtórował Znajomy. Ot po prostu miasto przejęło konserwy samoogrzewające, które pewnie były przeznaczone do utylizacji. Sami nie mieli odwagi ich spożyć, przekazali je więc, jako posiłki do Straży Pożarnej.

– To przecież groziło w najlepszym przypadku rozwolnieniem u naszych strażaków – zaprotestowałem.

– Co Pan powie, drogi przyjacielu – powiedział z przekąsem Znajomy.

– To, jak oni mieli w takim stanie jechać na akcję – spytałem zdziwiony – Przecież cała jednostka po zjedzeniu zawartości takich puszek, będzie za przeproszeniem w czasie akcji pożarniczej robić w gacie Nie mogą przecież jej przerwać. Toż to czysty sabotaż!

– A może do takiej jednostki należałoby jeszcze domówić Wychodkowy Wóz Bojowy, który zaopatrzony w Toi Toi, na sygnale podążałby za Wozem Strażackim jako asekuracja w akcji pożarniczej – powiedział drwiąco Znajomy.

I tak bardzo wczuł się w rolę, że zaczął naśladować, jak dziecko, sygnał straży pożarnej kołysząc przy tym niezbyt wysportowanym ciałem. Zrobił to tak nieszczęśliwie, że nagle zatoczył się i z wielkim rozmachem kopnął w stojący kubeł na śmieci. Ten przewrócił się z takim impetem, że rozerwał worek ze śmieciami. Wyleciały z niego z wielkim łoskotem puszki i potoczyły się szklane butelki. Jednak najgorsze było to, czego nie było słychać, po całej bowiem podłodze korytarza i schodach rozsypały się nadgniłe resztki pożywienia oraz te nieznośnie śmierdzące pampersy. Na domiar złego jeden otworzył się, ukazując w całej okazałości swoją zawartość. Wciągnąłem z przerażenia powietrze i poczułem okropnie kwaśny odór. Owe niezbyt świeże zapachy najwyraźniej dotarły już do nosa Znajomego, który zrobił się fioletowy na twarzy i nagle zaczął parskać, jak mój rozeźlony kot na zaczepki psa sąsiada i wypalił:

– Do jasnej cholery, czym wy dzisiaj swoje dzieci karmicie!

Nie zważając na niego, rzuciłem się z gołymi rękami do zgarniania tego całego rozsypanego po podłodze dobytku.

Znajomy trochę ochłonąwszy, spojrzał na otwartego jeszcze pampersa, pociągnął ostro nosem i powiedział:

– Jaki smród będzie towarzyszyć naszym strażakom podczas takiej akcji, nie musimy już sobie nawet wyobrażać. Jednak powinno się ich również wyposażyć w takie bojowe pampersy przeciwpożarowe – zamiast spodni drelichowych. Proszę sobie wyobrazić taką Straż w akcji, kiedy wpadają do palącego się domu w pampersach i z sikawką w ręku. Dostojnie będą wyglądać nieprawdaż?

Nie słuchając już Znajomego, posprzątawszy cały ten bałagan, umorusany po łokcie zawartościami z kubła, w obłokach nieznośnego odoru, chwyciłem wiadro i szybko zacząłem się oddalać. Na odchodne usłyszałem jeszcze głos Znajomego, który wołał za mną:

– Siknij Pan jeszcze tymi fiołkami, bo sąsiedzi przez najbliższy tydzień z tego smrodu z mieszkania nosa na centymetr nie wyścibią.

Posłusznie dwa razy psiknąłem dezodorantem i już niepospiesznie oddaliłem się do najbliższego Osiedlowego śmietnika.

Cdn.

Wszelkie podobieństwa osób, sytuacji i miejsca są przypadkowe.

Komentarze

Dodaj komentarz